Damska sztuka ujeżdżania

Jak to kobieta, bywa nieprzewidywalna. Tak samo stanowcza w rozmowie o regulacji luzów na zaworach, jak w konnej rywalizacji. Wreszcie prawdziwa amazonka z blond warkoczem do pasa, która pod wiatr galopuje na tylko na grzbiecie ukochanego Farta, ale i na kanapie swojego Intrudera. Zapraszamy na wywiad z Sylwią Surmiak.

Jak się czegoś bardzo chce...
Jeżdżę Suzuki Intruderem VS 750cc z '86 roku. W latach '80-tych po ulicach Legnicy jeździły motocykle głośne i mało wyróżniające się kolorystycznie. Jednak wydawały bardzo różne dźwięki. Moją uwagę i podziw przykuwały silniki czterosuwowe. Wolnoobrotowe z dużym momentem obrotowym. Pracę tych silników można było porównać do bulgotu wszechmocnej bestii. Chciałam kiedyś mieć taką na własność.
Pierwszy raz Intrudera zobaczyłam na zlocie na zamku Grodziec, gdzie byłam z paczką takich samych zapaleńców, jak ja. Miał piękną smukłą linię i czysty dźwięk silnika V-ki. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia... i usłyszenia. Wtedy był tylko marzeniem. Po wielu latach, oprócz ponadczasowej sylwetki rasowego choppera, w wyborze upewnił mnie aspekt ekonomiczny – Intrudery bowiem mają bardzo żywotne silniki i przy i odpowiednim serwisowaniu będą służyły wieki.

Temperament jota w jotę...
No cóż... oboje mamy tę samą cechę – jesteśmy wyjątkowi! Mimo dojrzałego wieku nadal atrakcyjni, niepozorni, ale z bogatym wnętrzem. Niezawodni, energiczni i niedostępni...

Jestem motocyklistką, żadnej pracy się nie boję...
Grzebać przy motocyklu nauczyłam się już w dzieciństwie. Mój tata pokazał mi, że mogę wszystko, jeśli tylko zechcę. A w tamtych latach nie było ani części, ani dobrze wyposażonych warsztatów. Trzeba było kombinować i większość prac przy remoncie motocykli robiło się we własnym garażu. Pierwszą poważną naprawę miałam przy moim pierwszym motocyklu, w którym ułamała się elektroda ze świecy i wpadła do komory spalania. Skończyło się docieraniem gniazd nowych zaworów, szlifem cylindrów, wymianą pierścieni i ustawieniem zapłonu na „czutę”, bo nie było możliwości sięgnięcia po książkę czy zerknięcia do Internetu.
Przy moim Intruderze robię to, co muszę, żeby mnie nic nie zawiodło na trasie. Kiedyś walczyłam z jego gaźnikami. Zsynchronizowałam je, wyregulowałam luzy zaworowe i uszyłam nowe siedzisko. Wierzę, że dbanie o niego mi się to opłaci. Poza tym, nie lubię, gdy ktoś go dotyka, a o grzebaniu w nim już nie wspomnę!

Z koleżankami dobrze się wychodzi na zdjęciach...
Z tym bywa różnie. Owszem mam znajome motocyklistki, ale tylko z forum. Odczuwam raczej niechęć ze strony amazonek. Być może dlatego, że traktują mnie jak swoją rywalkę. W środowisku motocyklistów za atrakcyjną uważa się każdą amazonkę, a jeszcze jak ma długie blond włosy i do tego potrafi grzebać w moto... Ja jednak nie szukam atrakcji, po prostu chcę sama wszystko robić przy moim sprzęcie i chcę rozumieć o czym mówią panowie, gdy rozmawiają o motoryzacji. Poza tym, jestem w długim szczęśliwym związku i nie zamierzam tego zmieniać.

Czasem nawiedzam, czasem zlatuję...
Najmilej wspominam ostatni zlot w Jastrowiu, tzw. Intruzownię. Bardzo chciałam poznać ludzi, którzy od chwili mojej rejestracji na forum intruderpolska.pl pomagali mi jak mogli i udzielali wszelkich potrzebnych rad i wskazówek. Nasze forum jest niesamowite. Wszyscy są bardzo wyluzowani, znają swoją wartość, i nie tracą czasu na słowne przepychanki. Informują, wyjaśniają i inteligentnie żartują. To forum skupia ludzi dojrzałych emocjonalnie, którzy bardzo mnie dowartościowali – uwielbiam Was, Robaczki.

Mój motocyklowo-konny kunszt jeździectwa
Zarówno kierowca motocykla jak i jeździec może nauczyć się bardzo subtelnie powodować swoją „maszyną”. To wszystko jest kwestią treningu i wyczucia, ale myślę, że z tym drugim trzeba się urodzić. Zdarza się, że musi zadziałać instynkt, bo nie ma czasu na przemyślenia. W pracy z koniem też tak jest. Myślę, że w obydwu przypadkach najważniejsze do czego się dąży to płynna i bezpieczna jazda. Doprowadzenie do natychmiastowych reakcji przy odpowiednim zadziałaniu człowieka. Umiejętność idealnego porozumienia się z 600kg koniem, który błyskawicznie reaguje na myśli, jest największym kunsztem ujeżdżenia. W jeździe motocyklem jest to tak samo ważne, gdyż nierzadko ratuje nam życie. Koń jednak jest bardziej nieprzewidywalny. Jest zwierzęciem, które czuje, myśli i reaguje nawet jak nie niego nie działamy.

Moment, w którym życie stanęło mi przed oczami...
Chwila ślizgu podczas wypadku. Nie było czasu na nic, położyłam wtedy motocykl i odepchnęłam mocno od siebie. Tu zadziałał instynkt, bo nigdy wcześniej nie słyszałam co robić w takiej sytuacji. Być może jazda konna ułatwiła mi jej ocenę i błyskawiczną reakcję. Miałam wiele upadków z koni i trzeba było nauczyć się spadać z jak najmniejszymi obrażeniami. Na pewno możliwość położenia w poślizgu motocykla jest najłagodniejszym w tej sytuacji działaniem. Koziołkujący sprzęt jest bardzo nieobliczalny, no i straty bywają większe.

Pamiętny triumf w starym roku
Udało mi się własnymi rękoma i przy pomocy kolegów z forum przygotować mojego szaraka do wyjazdu na wrześniową Intruzownię. Jednorazowo pokonałam 350km, z tego 2/3 trasy w deszczu, ale co tam... był kombinezon przeciwdeszczowy i mimo tego – mokra nawet bielizna. (Szczególne podziękowania za pomoc przy moto dla Wieńka – naszego forumowego szamana – i Theodora).

Na celowniku...
Intruzownia – spotkanie z przyjaciółmi z forum. Osobami, którym wiele zawdzięczam, które mimo że jestem drobną blondynką o zielonych oczach zaakceptowały mnie taką jaka jestem, bez szufladkowania.


Wywiad dla magazynu „Wiadomości motocyklowe WMC”
Numer 3 (82), 29 stycznia 2010, s.33
autorka: Magdalena Raczyńska
Jesteś 461. gościem na mojej stronie.   |  Ostatnia aktualizacja: 3 marca 2013 r.